czwartek, 15 lutego 2018

Peregrynacje. The Holy Cities - Poznań. Sierpień 2017.

W fotografii litowej odpowiada i pasuje mi mocno nie tylko efekt piktorialny, zresztą nie zawsze w niej występujący. Poza tym - co złego jest w piktorializmie? Wydaje mi się, że najwyższy czas przestać potępiać go w czambuł, zamiast tego można powrócić do miłych oku efektów plastycznych, niewiele mających wspólnego z precyzją rysowania właściwą obiektywom wysokiej klasy.

A może nie podoba się kolorystyka? Ciepłe - żółte, łososiowe, niekiedy pomarańczowe światła i brunatne lub zielonobrunatne cienie. Do tego dziwna tonalność, kontrast świateł i cieni, pewna nieprzewidywalność, możliwość kombinacji chemicznych oraz różnych papierów, niekiedy bardzo starych, znalezionych na strychu czy w piwnicy, z których poza litem nic nie wychodzi.

Tym razem tylko jedno zdjęcie, na kapryśnym papierze Fomy, starym aparatem zdjęta wędrówka od poznańskiego rynku przez jakąś boczną ulicę zakończoną dwuwieżowym kościołem, za nim skręciliśmy w prawy, placyk, skwerek, park i ulica pod górę, na jej końcu za rogiem apartamentowiec z pokojem, w którym można było zaparzyć kawę.

Poczwórna ekspozycja pozwoliła zawrzeć w sobie ponad dwa kilometry spaceru. Mała klatka objęła sporą przestrzeń i wiele wrażeń pochodzących ze zgiełku ulicznego, świateł, pasów dla pieszych, odwiedzanych po drodze kilku antykwariatów; w jednym kupiłem starą filiżankę ze spodeczkiem. Dobrze pije się z niej zieloną herbatę.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza