niedziela, 16 września 2018

Małe, cieszy.

Kilka dni temu trafiła do mnie przesyłka - miałem pilne roboty, więc leżała kilka dni nie otwierana, w końcu wziąłem ostrze, chlasnąłem, wyjąłem i po przekartkowaniu ucieszyłem się, gdyż zdjęcia me trafiły do katalogu wystawy XXXIX KOF, czyli Konfrontacji Fotograficznych, od czterech prawie lat dziesiątków organizowanych w Gorzowie Wielkopolskim. Z wysłanych 4 zestawów po 3 fotografie litowe każdy na wystawę przyjęto 50%, czyli 2 zestawy po 3 odbitki litowe.
Katalog ładnie wydany i opracowany przez GTF, czyli Gorzowskie Towarzystwo Fotograficzne.



piątek, 31 sierpnia 2018

Lato średniowiecza. Miśnia.

Dzisiejszy post piszę z uczuciem spełnienia i zadowolenia - uzupełniają się one wzajemnie, lecz zdaje mi się, że mam ku temu niejakie powody. Będąc na wakacjach w różnych miejscach, w tym w dość klimatycznej i urokliwej Miśni, leżącej 20 minut jazdy samochodem od hałaśliwego i mało moim zdaniem pociągającego Drezna, naświetliłem tamże dwa negatywy średnioformatowe marki Rollei.
Pogoda była subsaharyjska, temperatura dochodziła w porywach do 37-38 stopni Celsjusza, więc w pewnej chwili zaprzestałem sprawdzania właściwych parametrów ekspozycji, z trudem dźwigając sprzęt średnioformatowy oraz statyw. Ten wyczerpujący dzień nastąpił 10 sierpnia 2018.
Oczywiście takie działanie zemściło się na mnie w pewien sposób, jako że jedną z błon nieco prześwietliłem, nie używając światłomierza, co pociągnęło za sobą potrzebę dłuższego naświetlania papieru pod powiększalnikiem.
Jednak nadal uważam, że z sukcesem udało mi się zainicjować kolejną odsłonę "Wieloświatów", tym razem pod podebranym Mistrzowi Huizindze i nieco zmienionym tytułem.
Sprzęt to tradycyjnie zabytkowa Mamiya C330f z doskonałym obiektywem 2,8/80 oraz z nakręconym filtrem pomarańczowym. Na szczęście niebo i gra obłoków na nim były cudowne, więc dodatkowe szkiełko jak najbardziej się przydało. Dwuoczny klocek na statywie zwracał powszechną uwagę przechodniów, jako że większość z nich swoimi ambicjami nie wykraczała poza komórkową klepaninę wszystkiego. Jednak Niemcy są porządni - gdy ktoś coś robi (nawet w dziwaczny sposób), to nie przeszkadzają i nikt nie wchodzi w kadr, w przeciwieństwie do tutejszego polactwa. Jednak trzeba przyznać, że i tak jest lepiej niż jeszcze kilka lat temu.
Błona, na której mieści się 12 klatek formatu 6x6 cm zmusza jednak do myślenia - mimo gorąca - trójnóg ułatwia komponowanie, a cudowna klatka schodowa z drugiej połowy XV wieku koło katedry na wzgórzu zamkowym pozwoliła na chwilę odpłynąć myślami od fizycznych ograniczeń.
Najlepsze zdjęcia wykonałem na błonie Rollei Superpan 200 wołanej w agfowskim Rodinalu. Błona była prawie nowa (przeterminowana tylko o dwa lata), zupa wołająca miała jednak ze dwie dekady. W przypadku tej chemii nie ma to znaczenia, no, chyba że tych dekad jest znacznie więcej. Jednak wschodnioniemiecki odpowiednik Rodinala, czyli R-09 również działa jak należy, mimo tego, że wyprodukowana go chyba jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Tej błony NIE prześwietliłem, w przeciwieństwie do Rollei RPX 100, za którą nigdy nie przepadałem. Po prostu przejdę na inne materiały i będzie dobrze.
Wczoraj po ponad dwu miesiącach odpaliłem powiększalnik, i z lekkimi wątpliwościami naświetliłem pasek testowy, wsuwając go następnie w rozrobiony pół roku wcześniej (z koncentratów) wywoływacz litowy.
Ku mojemu bardzo miłemu zadziwieniu pierwsze zarysy obrazu zaczęły pojawiać się już po około 3 minutach. Podczas wcześniejszych sesji trwało to dłużej - niewykluczone, że samodzielnie składana chemia nabrała właściwej mocy twórczej. Gotowe odbitki mogłem przekładać do przerywacza już po 7 - 8 minutach.
Naświetlałem nowy dla mnie papier Fomatone MG 532 II, który zapracował bardzo pięknie - brązowe cienie oraz łososiowo-żółte światła tworzą harmonię barw, nie zawsze możliwą do uzyskania w dość kapryśnym i nie do końca przewidywalnym procesie.

Rollei RPX 100 - lekko prześwietlony negatyw sprawił, że wołałem to dzieło sztuki przez 40 minut.
Rollei Superpan 200 - negatyw idealny, odbitki z tej serii wołane przez 7-8 minut.

Rollei Superpan 200

Rollei Superpan 200

czwartek, 16 sierpnia 2018

Przemija świetność świata tego, czyli Albertinum w mieście Dresden.

Tym razem nie o mnie, chociaż zdanie o negatywnej transformacji duchowej sztuki niemieckiej jest jak najbardziej moje własne. Otóż odwiedziłem niedawno miasto Dresden, po polsku zwane Dreznem, w Saksonii.
Jako że słyszałem super opinie o tamtejszych zbiorach sztuki, to najpierw udałem się do Zwingeru, skąd wyszedłem w miarę usatysfakcjonowany. Starzy mistrzowie mają jednak klasę, trzeba to przyznać.
Następnie udałem się do Albertinum, pragnąc obejrzeć zbiory nowszej sztuki niemieckiej, od C.D.Friedricha poczynając. Mocno chciałem ujrzeć mięsiście zmysłowego Corintha, którego oddane w oleju kobiece kształty poruszają mnie do głębi. Nie ukrywam - mało tego było, w pojedynczych egzemplarzach, często w źle oświetlonych pomieszczeniach. Każdy jednak pokazuje to, co ma.
Odczułem jednak głęboki wstrząs, kiedy wszedłem na sale poświęcone enerdowskiej sztuce powojennej, czyli długo i szczęśliwie panującemu tam socrealizmowi. W końcu nic dziwnego - już od 1933 r. w Niemczech panowała jedynie słuszna sztuka wzorowana na klasycyzmie zmieszanym z Duererem, poszli więc po łatwości i zaczęli malować trójki murarskie, ciemiężonych przez imperialistów Koreańczyków itd. itp.
Nadal jednak nie mogę wyjść z podziwu nad tym, że pośrodku sali skądinąd czcigodnego muzeum straszy łysa pała wodza rewolucji bolszewickiej. Chyba naprawdę mocno im mózgi przefasonowali, i nieszczęśnicy nie potrafią się z tego wyzwolić.
Jak w piosence sprzed lat - Głowa Lenina znad pianina... . Czy temu narodowi coś pomoże?

Corinth marnie był oświetlony, ale obróbka cyfrowa czyni cuda.

Uwielbiam Corintha.

W tym samym budynku również Manet, chociaż jeden.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Sagrada (The Holy Cities. Barcelona). 2008-2018

Cały czas jestem w drodze do osiągnięcia niespełnionego ideału. Niekiedy ogarniają mnie wątpliwości, czasami rozpacz, od czasu do czasu jest to przeplatane momentami zadowolenia czy nawet euforii, gdy osiągam to, co zamierzałem.
W tym przypadku czuję się spełniony technicznie oraz artystycznie. Po dekadzie odgrzebałem negatywy z Barcelony - miasta, po którego ulicach nikt dawniej nie obawiał się chodzić w strachu przed agresją trzepniętych na mózgu przedstawicieli obcej i bezwzględnej wiary.
Rzadko pozwalam sobie na popełnienie potrójnej ekspozycji, jednak tego sierpniowego dnia wszystko było tak jak trzeba - sprawny aparat, dobry film (błona formatu 120 Fuji Neopan 400 - już jej nie ma na rynku, aaaa!) i piękna pogoda z chmurami dostojnie płynącymi po mocno turkusowym niebie. Filtr żółty dwukrotny pięknie je podkreślił, aczkolwiek z turkusu nic nie zostało.
Staruszek Rolleiflex (tak skal du have, Alfred!) zacinał się wtedy z rzadka (teraz wymaga czyszczenia i przesmarowania), a Tessar w nim zamontowany to jednak wspaniała konstrukcja optyczna.
Błona o czułości 400 ASA jest bardzo tolerancyjna na wszelkie błędy ekspozycji i znakomicie znosi wszelkie dodatkowe naświetlenia i związane z tym prześwietlenia, zachowując szczegóły w światłach i w cieniach.
Moje pierwsze odbitki wykonane po powrocie z wakacji sprzed dziesięciu lat nie były takie, jak to sobie wymarzyłem.
Teraz natomiast wydaje mi się, że zbliżyłem się do upragnionego ideału - ciepłe łososiowe światła oraz brunatne cienie z zachowanymi szczegółami bardzo mi się podobają. Dużo dała zmiana wywoływacza, wymuszona jakiś czas temu przez Fomę na skutek odejścia od wcześniej stosowanych składników emulsji (żelatyna) i zastosowania nowych produktów, które spowodowały u litowych fine printerów zgrzytanie zębów, palpitacje oraz wypadanie coraz rzadszych włosów.
Chyba już wiem, co i jak mam robić, by było pięknie. Wywoływacz (samorobny ORWO 70 wg Ilińskiego, niech Mu w niebie za udostępnienie recepty anieli śpiewają albo hurysy zabawiają, wszystko wedle życzenia) działa jak należy, tylko negatywy muszą być wywołane tak, by dało je się odbić ze wszystkimi szczegółami na normalnym papierze fotograficznym.
Natomiast lit podbija kontrast i daje kolory, które można potem dodatkowo wzmocnić po odbieleniu i kolejnym wołaniu w mocno rozcieńczonym wywoływaczu.



wtorek, 24 lipca 2018

Neoartdecowskie renowacje, 24 lipca 2018.

Mebel jest już w zasadzie użytkowy, chociaż brakuje w nim tylnej ścianki. Jednak zamki działają i jest dno, któremu wzmocniłem rysunek słojów przy pomocy oleju do mebli ogrodowych. Sprawdza się od lat.
Zostały jeszcze drobiazgi, jak okucia (nie wiem jeszcze, czy warto jest montować mosiężne blachy jak w poprzednich meblach, gdzie był fornir dębowy, gdyż tutaj za bardzo mogłyby zdominować i przytłoczyć wzorzysty i kolorowy fornir - trzeba skonsultować z przyszłym użytkownikiem), tylna ścianka oraz politurowanie - trzeba je jeszcze wielokrotnie powtórzyć, ale niechaj pierwsze warstwy dobrze stwardnieją.
Najbliższe tygodnie zamierzam jednak poświęcić sztuce fotografii (i nie tylko fotografii).
Po kolejnych politurowaniach szafka nabłyszcza się powoli. Słoje na fornirze nabierają głębi.

Zamki wstawione, działają.

Nie wiem, czy montować mosiężne okucia, jak w poprzednio odnawianych meblach.

Zamek w drzwiczkach prawych, zaraz będzie montaż dna.

Dno wstawione po nasączeniu olejem do mebli ogrodowych. Widoczna faktura sosny.

Trzeba zostawić na kilka dni, by zniknął charakterystyczny zapach.

Od tyłu też ładnie. Trzeba jeszcze wstawić półkę oraz tylną ściankę.

Jeszcze wiele warstw politury do nałożenia.

Przymiarka do przyszłej roli jako szafki pod TV.

Ważne, że nie kłóci się wyglądem z innymi meblami, ale w końcu epoka i wzornictwo zbliżone.

Pasuje.

Bajki H.C.Andersena.

Pobyty w Danii zainspirowały mnie w końcu do rozpoczęcia nowego cyklu litowego. Wszystko powstanie w magicznym formacie kwadratowym oraz oczywiście w zupie litowej.
Początek to renesansowy zamek w Egeskov na Fionii, będący w rękach tej samej rodziny od około 400 lat. U nas nie do pomyślenia.
Kamera to Mamiya C3 z obiektywem Mamiya Sekor 2,8/80 z żółtym filtrem. Film Kodak Tri-X 400 wołany w HC-110. Papier Fomatone MG 532 II. Wywoływacz własnej roboty ORWO 70.



Chwasty polskie w sinych barwach wypalone

Zainspirowany poszukiwaniami artystycznymi Kolegów postanowiłem zrobić coś podobnego. Duże arkusze papieru akwarelowego posmarowałem emulsją światłoczułą, po czym zubożyłem miejską wegetację o parę garści chwastów wyrwanych na zaspiańskim pasie startowym.
Następnie nachlapałem na emulsję nieco wody oraz octu, na to położyłem trochę chwastów. Przycisnąłem lekko szybą, na której taśmą bezbarwną unieruchomiłem kolejne roślinki. Zrobiłem to tak, by ich części falowały na wietrze.
To wszystko położyłem na balkonie na ok. 30 minut. Zjadłem obiad przygotowany przez Żonę Mą.
Po obiedzie naświetlony arkusz włożyłem do wywoływacza, czyli kranówy. Powiesiłem na sznurku od bielizny, by wysuszyć. Prostowało się przez dobę pod pracą z grubej płyty mdf.
Tak to sobie wymyśliłem i zrobiłem.
Dzięki wodzie, octowi oraz ich mieszaniu się z płynami parującymi z roślin pod szybą uzyskałem pewną wielobarwność.
Wołanie, parowanie, smażenie pod szybą i na niej. Widoczne skraplanie płynów pod szybą.

Gotowa odbitka z instalacji podobnej do powyższej.

Nr 3, 20 lipca 2018.

Pierwsze podejście do większego formatu 30 x 43 cm.

Chlapu chlapu chlapp.

Suszy się.
Kompozycja nr 4 - stan w trakcie naświetlania powyżej.