piątek, 6 września 2019

Wiatr nad jeziorem

Dawno, dawno temu leżał sobie w krzakach nad jeziorem wrak Cadeta. Znalazłem go przypadkiem, zaholowałem gdzie trzeba i odbudowałem. Potem pływałem nim sobie po jeziorze. Raz było lepiej, raz gorzej, zależnie od siły wiatru (lub jego braku). W tzw. międzyczasie ktoś go podprowadził i postawił w zaroślach, by nabierał deszczówki przez kilka miesięcy. Znalazła go wreszcie policja (chwała im!), po czym zabrałem się za remont.
Niestety, drewno nabrało wody, a może moje umiejętności szkutnicze nie były wystarczające, i ostatnie pływanie miało miejsce rok temu w sierpniu.
Tego lata okazało się, że stępka w okolicach skrzynki mieczowej przegniła, podobnie było z częścią burty.
Wziąłem więc siekierę, i po kilku godzinach resztki można było przenieść w miejsce spalenia.
Zacząłem rozglądać się za czymś nowym, plastykowym i szybszym niż jachcik dla dzieci i młodzieży.
Udało się, i od kilku tygodni testuję nową łódkę, co - nie ukrywam - daje mnóstwo radości i nieco adrenaliny, zwłaszcza przy nieco bardziej porywistym wietrze. Ot, takie sobie wiejskie rozrywki zamiast picia wódki i walenia się sztachetami po głowach.

Komórkowo, bo trzeba było wziąć się za siekierę.

Analogowo: Nikon F3, Polypan 50 wołany w HC-110. Nikkor E 1,8/50.







Stary super fajny Nikkor AF-D 1,8/50.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza