środa, 27 grudnia 2017

Nieco luźnych dywagacji o sztuce litu.

Coraz mniej interesuje mnie dokumentowanie rzeczywistości, mimo wielu wspaniałych fotografii, których zrobiono już miliony, a jeszcze więcej zapewne powstanie. Zapewne wynika to z podświadomego dążenia do bycia oryginalnym - inna sprawa, czy zamiar taki się udaje.
Zdaje mi się, że moje fotografie są rozpoznawalne, a to już połowa sukcesu.

Co pewien czas staram się przejść kolejny etap w mojej fotograficznej peregrynacji. Jakiś czas temu wpadłem na pomysł, by zacząć odchodzić od kupowanej chemii, a zamiast tego zacząć bawić się w samodzielne jej składanie. Na pierwszy ogień poszły wywoływacze litowe, jako że sieci i w dawniejszej literaturze można znaleźć sporo sprawdzonych przepisów. Zwłaszcza jeden wywoływacz znalazł moje uznanie - starożytna ilfordowska receptura ID-13, w skład której wchodzą cztery odczynniki, powszechnie dostępne w sprzedaży wysyłkowej; cena również odgrywa tutaj rolę. Potem zacząłem lekko modyfikować proporcję, otrzymując nieco inne odcienie świateł (ORWO 70 z większą ilością bromku potasu).

Teraz dysponuję więc chemią kupowaną (jeszcze) oraz składaną samodzielnie. Można to ze sobą mieszać w różnych proporcjach, co inspiruje do dalszych poszukiwań. Jedyne, czego brakuje, to czas.
Ul. Mariacka. Podwójna ekspozycja na nowym papierze Fomatone MG 132. 1 wołanie w samoróbce ID-13, następnie odbielanie, ponowne wołanie w fabrycznym Moersch Easy lith z dodatkiem ORWO 70.

Katedra w Oliwie. Podwójna ekspozycja na Fomatone MG 132 produkcji sprzed 2009, która była lepsza jakościowo dla litowników. Odbielanie, ponowne wołanie w mieszaninie jak wyżej. Bardzo silnie raduje mnie uzyskana wielobarwność, a zwłaszcza ceglaste cienie na papierze z definicji monochromatycznym.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza